nie obylo sie bez klotni ,zalow i jekow pomiedzy mna a mezem.-czesto to tak juz jest ,ze sobie samej i innym stawiam poprzeczke za wysoko - oczekiwania gdy sa ogromne,czesto wychodza bokiem.
a maz moj - ma niestety duza wade tlamszenia i niewymawiania swoich zalow na czas i wtedy one eksploduja w najmniej oczekiwanym momencie i ze zdwojona sila - wtedy z malych nieporozumien wychodzi wielka draka,kiedy do tego dojdzie zmeczenie ,niewyspanie i tensknota za czyms blizej nieokreslonym to wtedy juz KATASTROFA
....
no dobra - koniec biadolenia - odpoczywamy
. no bo u mnie - w nowym miescie to mozna zjesc pyszny tort ,no i
jeszcze pochodzic po gorach ,no i jest zoo i wielka biblioteka ,i
jeziorka dookola,i no i ludzie jacys tacy przyjemniejsi i bardziej
zrelaksowani sa - i juz tak nie pedza i nie gnaja co tchu w wyscigu
szczurow - bo tu troche zycie wolniejsze i dowolniejsze sie staje -no i
mozna pojsc do parku i polozyc sie na trawie nie wdeptujac nowym
plaszczem (przynajmniej natychmiast) w psia kupe,no i jeszcze sa tu
przyjaciele - ktorzy podnosza na duchu i mozna po prostu wpasc na
herbatke "ta co zwykle"(jeszcze z czasow jak tu studiowalismy)nie
umawiajac sie specjalnie.fajne to moje nowe miasto,co?
co prawda do polski baaaaaardzo daleko sie zrobilo znowu ,ale coz,
cos za cos - no nie?
ach!po raz pierwszy od 1000 lat jakis "koles" puscil mi oczko - normalnie nie uwierze
,co prawda brzydal straszny ,ale poczucie wlasnej wartosci jest gdzies nagle na gorze kosciuszki ,tum ti dum ti dum...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz