nie wiem od czego zaczac ...
no moze tak po prostu.zaczne o tym , ze
nasze plany musza zostac przesuniete na "pozniej"tj. pare lat?(a jak
bedzie za pozno?).nasze plany ,ktore byly bardzo konkretne i
zaplanowane,przesuniecie ich na czas nieokreslony boli i straszy.
chcemy bowiem juz od dawna adoptowac dziecko.
teraz jednak ja musze byc zdrowa - a tadeuszek mna zdrowa nacieszyc.
pozatym czysto biurokratycznie mamy w tej chwili o jeden pokoj za malo.
takie
sa przepisy ,ze dziecko adoptowane musi miec swoj wlasny pokoj(a nie z
rodzenstwemco mnie osobiscie wydaje sie o wiele milsze - sama mialam
dlugo dlugo pokoj z bratem.).
ciesze sie z tego mieszkania i z tego
,ze zycie znow zaczyna sie z gorki ukladac ,jednak tego niepokoju czy
sie uda jak sprobujemy za pare lat zlozyc wniosek o adopcje ,czy ne
bedziemy juz za starzy,nie potrafie uciszyc.
pierwotnie w planach
mielismy zlozenie wniosku w tym styczniu,jednak los splatal nam figla i
tak oto wyladowalismy w innym miescie,mniejszym mieszkaniu, w innej
sytuacji zyciowej - moze to tak ma wlasnie byc?
moze to jakis znak?
...
troche z innej beczki
zwierzylam
sie mamie przez telefon z planow moich na przyszlosc - tych dotyczacych
pracy i ewentualnego zmienienia przeze mnie zawodu.
ja cala
podekscytowana oczekuje jakichs wybuchow radosci- czy tez cieplych slow
jakiejkolwiek aprobaty - a w zamian otrzymuje zimny prysznic pod tytulem
- to i to moze ci stanac na drodze, zebys tylko nie byla rozczarowana
itd.
i co ? obuchem po glowie - ale tylko troche - bo sie moich
planow trzymam i co z tego ,ze moze sie je uda zrealizowac dopiero za
rok?(moja mama tak sie boi mojego rozczarowania ,ze oslabia moja sile
dzialania)
...
moje dziecko kocha odkurzacz.
pan odkurzacz jest
odwiedzany w kuchni,karmiony jedzonkiem,ktore ja musze potem linijka
wyciagac z rury,przytulany podczas odkurzania ,a wlosy maluszka
rozwiewane sa cieplym zakurzonym wiatrem z tylka odkurzacza ;-)
w rolach glownych : Tadeuszek nieZwyczajny chlopiec urodzony w piatek trzynastego :-) latem 2007 roku, Ja czyli ania mama t.(dumna mama Tadeuszka), moj maz , kot Findus, w pozostalych rolach - autyzm,epilepsja i inne czyli pelna chata
sobota, 28 marca 2009
piątek, 27 marca 2009
o kotach
mialo byc o czym innym ,ale bedzie dzis o tym,ze :
nasze koty to istoty conajmniej dziwne,
to znaczy timbuktu jest bardzo kocia,taka z harakterem,troche obrazalska,czyscioch nie-z-tej-ziemi,zawsze z zainteresowaniem przyglada sie maluchowi ,ale raczej zchodzi mu z drogi,i przyglada sie z poblazaniem.
z wygladu jest rowniez kocia - taki dachowiec jakie sie z polski zna - czarno- biala, ze zlamanym ogonem pod katem prostym (koniuszek jest rownolegly do podlogi).skacze ,spi, wygrzewa sie na kaloryferze - czyli wszystko w normie.
za to lola - czarna jak pantera ,szczupla z malym lebkiem ,zupelnie inna sierscia,nigdy nie noszace ogona do gory,jest kotem - niekotem.
drze sie w nieboglosy jak tylko cos ja zdziwi, potrafi zasnac na parapecie i z niego spasc.jak zobaczy ptaka za oknem to probuje wyskoczyc walac glowa w szybe- jednym slowen kocia ciamajda.
moj maz zrobil sobie z tego zabawe- jak tylko lola zasnie,skrada sie do niej po cichutku i mowi do ucha - buu!
wtedy lola z miejsca skacze pod sufit z ogonem jak szczotka ,
podstawowym bledem w dzialaniu loli jest to ,ze daje sie maluszkowi zlapac.
niosac piszczaca lole za ogon badz glowe - wola - koko,a ja musze zupelnie nie broniacego sie kota ratowac z opresji.
w trakcie jak pisze ta notke - timbuktu siedzi u mnie na kolanach, a lola przytula sie do mruczacego komputera
czwartek, 26 marca 2009
o pogodzie
nie pisze ,bo nie bardzo wiem o czym.niespecjalnie wiem czy pisac o moim
pomysle na przyszlosc (czyt.ja jako mama przedszkolaka),zeby nie
zapeszyc.nie chce pisac w nieskonczonosc ,ze sie duzo w mojej glowie
dzieje - bo chyba zaczyna sie to wszystko pomalu porzadkowac i ja chce
po prostu zaczac patrzec do przodu, dac szanse zalazkom nadzieji na
lepsze jutro.
zaczynam tez naprawde moje strachy nazywac po imieniu, a to chyba dobrze jak sie kolezkow zna osobiscie ,to latwiej im stawic czola.
wszystkie moje plany sa jeszcze tak bardzo na wodzie pisane ,ze o nich pozniej ,jak stana sie bardziej namacalne.
maluszek dopadl dzis spryskiwacza do kwiatow i zanim sie obejzalam wygladal jakby spod prysznica wyszedl.
za oknem zimno,wietrznie i deszczowo ,wiec trudno o bezgraniczny optymizm i chec akcji.
maluch zasypia wlasnie ,wiec chyba sie wkulne na jakas godzinke pod koldre i poczytam ksiazke
pa
zaczynam tez naprawde moje strachy nazywac po imieniu, a to chyba dobrze jak sie kolezkow zna osobiscie ,to latwiej im stawic czola.
wszystkie moje plany sa jeszcze tak bardzo na wodzie pisane ,ze o nich pozniej ,jak stana sie bardziej namacalne.
maluszek dopadl dzis spryskiwacza do kwiatow i zanim sie obejzalam wygladal jakby spod prysznica wyszedl.
za oknem zimno,wietrznie i deszczowo ,wiec trudno o bezgraniczny optymizm i chec akcji.
maluch zasypia wlasnie ,wiec chyba sie wkulne na jakas godzinke pod koldre i poczytam ksiazke
pa
poniedziałek, 23 marca 2009
karteczki
kiedy mieszkalam jeszcze w akademiku,mialam wraz z moimi wspollokatorami
odwieczny problem z balaganem .mieszkalo nas dwanascie osob na
pietrze,mielismy wspolna kuchnie,ktora nam rowniez sluzyla jako salon i
pokoj telewizyjny.dzielilismy rowniez lazienke i trzy ubikacje.
jako ,ze nigdy niewiadomo bylo kto zostawil balagan,badz tez zabrudzil toalete,pojawialy sie co jakis czas na scianach karteczki z napisami z cyklu "myj naczynia po sobie , to nie hotel mama","prosze uzywac szczotki do toalety","tu sikamy tylko na siedzaco","prosimy o niewrzucanie podpasek do toalety"i tym podobne.po jakims czasie stalam sie wrogiem polityki karteczkowej ,gdyz nie przynosila ona najmniejszego skutku , a cale niemalze pietro bylo wyplakatowane takimi napisami.
nie wiem czy po prostu nasza wspolnota pietrowa nie dzielila sie na dwie czesci - tych ,ktorzy sprzatali po sobie i wkurzali sie na niesprzatajacych, piszac i przyklejajac karteczki - i tych ktorzy nie sprzatali i olewali wszelkie karteczki udajac ,ze ich one niedotycza.
postanowilam wiec ,ze juz nigdy ,zadnej takiej karteczki nie napisze.sprawa rozwiazala sie tak czy siak ,jak sie wyprowadzilam z akademika.
do dzisiaj
mieszkamy w domu - powiedziec by mozna malym wiezowcu,w ktorym jestesmy jedyna rodzina z malym jezdzacym jeszcze w wozku dzieckiem.reszta wspollokatorow to przedewszystkim rencisci.jest tez pan dozorca i pani sprzataczka.
wozek stawiamy zawsze na samym dole w korytarzu - a raczej jego zaulku prowadzacym do piwnicy - nikomu on nie wadzi ,nie zatarasowuje drogi itp.
jakis czas temu ,zauwazylam ,ze ktos przestawia nasz wozek bardzo bardzo gleboko pod schody - tak ,ze ja, wyciagajac wozek z malym i torbami na reku musze sie schylac, przebijac przez pajeczyny i w bardzo niewygodnej pozycji go wyciagac.myslalam najpierw ,ze to sprzataczka ,przychodzaca zawsze w poniedzialki.jednak wozek zostal przesuwany coraz czesciej,az doszlo do tego ze dzis wychodzac trzy razy z maluchem z domu - musialam trzy razy wtarabaniac sie pod schody ,za kazdym razem coraz glebiej i dalej.
napisalam wiec karteczke z e zdaniem co o tym mysle ,i ze nie zycze sobie zeby ktos przesuwal moj wozek i zeby sie zdobyl na odwage i mi wytlumaczyl dlaczego to robi bo ja w tym sensu nie widze.
nosz wkurzona jestem na maksa...
dziekuje za uwage!
zobaczymy czy tym razem karteczka skutek przyniesie.
jako ,ze nigdy niewiadomo bylo kto zostawil balagan,badz tez zabrudzil toalete,pojawialy sie co jakis czas na scianach karteczki z napisami z cyklu "myj naczynia po sobie , to nie hotel mama","prosze uzywac szczotki do toalety","tu sikamy tylko na siedzaco","prosimy o niewrzucanie podpasek do toalety"i tym podobne.po jakims czasie stalam sie wrogiem polityki karteczkowej ,gdyz nie przynosila ona najmniejszego skutku , a cale niemalze pietro bylo wyplakatowane takimi napisami.
nie wiem czy po prostu nasza wspolnota pietrowa nie dzielila sie na dwie czesci - tych ,ktorzy sprzatali po sobie i wkurzali sie na niesprzatajacych, piszac i przyklejajac karteczki - i tych ktorzy nie sprzatali i olewali wszelkie karteczki udajac ,ze ich one niedotycza.
postanowilam wiec ,ze juz nigdy ,zadnej takiej karteczki nie napisze.sprawa rozwiazala sie tak czy siak ,jak sie wyprowadzilam z akademika.
do dzisiaj
mieszkamy w domu - powiedziec by mozna malym wiezowcu,w ktorym jestesmy jedyna rodzina z malym jezdzacym jeszcze w wozku dzieckiem.reszta wspollokatorow to przedewszystkim rencisci.jest tez pan dozorca i pani sprzataczka.
wozek stawiamy zawsze na samym dole w korytarzu - a raczej jego zaulku prowadzacym do piwnicy - nikomu on nie wadzi ,nie zatarasowuje drogi itp.
jakis czas temu ,zauwazylam ,ze ktos przestawia nasz wozek bardzo bardzo gleboko pod schody - tak ,ze ja, wyciagajac wozek z malym i torbami na reku musze sie schylac, przebijac przez pajeczyny i w bardzo niewygodnej pozycji go wyciagac.myslalam najpierw ,ze to sprzataczka ,przychodzaca zawsze w poniedzialki.jednak wozek zostal przesuwany coraz czesciej,az doszlo do tego ze dzis wychodzac trzy razy z maluchem z domu - musialam trzy razy wtarabaniac sie pod schody ,za kazdym razem coraz glebiej i dalej.
napisalam wiec karteczke z e zdaniem co o tym mysle ,i ze nie zycze sobie zeby ktos przesuwal moj wozek i zeby sie zdobyl na odwage i mi wytlumaczyl dlaczego to robi bo ja w tym sensu nie widze.
nosz wkurzona jestem na maksa...
dziekuje za uwage!
zobaczymy czy tym razem karteczka skutek przyniesie.
sobota, 21 marca 2009
przedszkole
w ramach poluznienia uzaleznienia mamino -tadeuszkowo -maminego i
przywrotu czesci niezaleznosci maminej uchwalono zecz nastepujaca:
maluszek musi pojsc na pare godzin dziennie do przedszkola.i to
najlepiej juz od jesieni.
maluszek bedzie mial wtedy dwa lata z haczykiem,i uzgodnilismy ,ze nic mu nie bedzie ,jezeli pojdzie np od osmej do dwunastej do przedszkola.
jako ze nie mamy tutaj zadnej babci ani jakiegokolwiek innego zaplecza socjalnego mogacego mnie odciazyc - bedzie to najlepsze wyjscie z sytuacji.
i tu zaczyna sie problem.
rodzice zapisuja tu dzieci zaraz po porodzie do wmarzonego przedszkola - a my sie dopiero tu przeprowadzilismy :-(,i takie wymarzone przedszkole wlasnie znalezlismy - i co najwazniejsze niedaleko od naszego mieszkania.
ale jest male ale lista oczekujacych jest taka dluga ,ze potrwa to pewnie jeszcze dwa lata ,zanim maluszka wezma.
zastanawiamy sie wiec czy moze poslac maluszka na pare godzin do niani - sa tu takie nianie "z urzedu"to znaczy zarejestrowane - i sprawdzone,ktore zajmuja sie np. czworka dzieci - troche jak takie miniprzedszkole.poszedl by tam do czasu ,w ktorym zwolnilo by sie miejsce w naszym wymarzonym.
wszytko brzmi prawie jak bajka gdy sie powyzszy tekst napisany przeze mnie czyta,
jednak w srodku mam bestie ktora mnie zjada na sama mysl ,ze moglabym malucha gdziekolwiek oddac,jednak musze sie przemoc ,by wyzdrowiec.
no bo w koncu gdzie wyluzowana mama ,bez leku - tam i odwazne i sczesliwe dzieci ;-))
maluszek bedzie mial wtedy dwa lata z haczykiem,i uzgodnilismy ,ze nic mu nie bedzie ,jezeli pojdzie np od osmej do dwunastej do przedszkola.
jako ze nie mamy tutaj zadnej babci ani jakiegokolwiek innego zaplecza socjalnego mogacego mnie odciazyc - bedzie to najlepsze wyjscie z sytuacji.
i tu zaczyna sie problem.
rodzice zapisuja tu dzieci zaraz po porodzie do wmarzonego przedszkola - a my sie dopiero tu przeprowadzilismy :-(,i takie wymarzone przedszkole wlasnie znalezlismy - i co najwazniejsze niedaleko od naszego mieszkania.
ale jest male ale lista oczekujacych jest taka dluga ,ze potrwa to pewnie jeszcze dwa lata ,zanim maluszka wezma.
zastanawiamy sie wiec czy moze poslac maluszka na pare godzin do niani - sa tu takie nianie "z urzedu"to znaczy zarejestrowane - i sprawdzone,ktore zajmuja sie np. czworka dzieci - troche jak takie miniprzedszkole.poszedl by tam do czasu ,w ktorym zwolnilo by sie miejsce w naszym wymarzonym.
wszytko brzmi prawie jak bajka gdy sie powyzszy tekst napisany przeze mnie czyta,
jednak w srodku mam bestie ktora mnie zjada na sama mysl ,ze moglabym malucha gdziekolwiek oddac,jednak musze sie przemoc ,by wyzdrowiec.
no bo w koncu gdzie wyluzowana mama ,bez leku - tam i odwazne i sczesliwe dzieci ;-))
piątek, 20 marca 2009
takie tam
no wlasne
postanowilam dzis nie pisac nic ,ale wydalo mi sie to jakies nieprzyzwoite ;-),
dzieje sie duzo i malo zarazem.
duzo - przedewszystkim w mojej glowie - troche za sprawa lekarstwa ,ktore musze wziac, ktore biore od dzis , ktore ma poczatkowo przez pare dni dzialania niepozadane by po jakichs 2 tygodniach zamienic sie w te pozadane,i korego sie boje.
pozatym jestem znow przeziebiona i smarkata ,co nie ulatwia sprawy.
na szczescie maz jest jeszcze do pierwszego kwietnia w domu i mnie wspiera jak moze,pomaga ujazmic pewnego slodkiego potwora, ktory ma znowu wszystko na nie-gdyby chociaz "nie"mowil, byloby pol biedy - ale on po prostu krzyczy - ze szczescia ,ze zlosci ,tak po prostu, bo glodny ,bo nie chce jesc , bo slonce swieci,itd -caly dzien przepelniony jest wrzaskami o roznym nasileniu, do ktorego dolacza czasami przytup nozka, badz tez gustowne rzucenie sie na ziemie:-( - gdzie moge ignoruje, ale np .na chodniku,przy ulicy czy w tramwaju? - to klops(nie mylic z klapsem)czasami krzykne,czesto sie tak wkurzam ,ze najchetniej to bym za uszy wytargala....grrr
poczym sie maluszek odwraca , przytula ,usmiecha i co - no najslodsze dziecko na swiecie ...
bunt dwulatka? -juz teraz? - no to sie niezle szykuje...
teraz maz malego usypia,
ja siedze z kotem na kolanach i zuzywam tony chusteczek.
pa
postanowilam dzis nie pisac nic ,ale wydalo mi sie to jakies nieprzyzwoite ;-),
dzieje sie duzo i malo zarazem.
duzo - przedewszystkim w mojej glowie - troche za sprawa lekarstwa ,ktore musze wziac, ktore biore od dzis , ktore ma poczatkowo przez pare dni dzialania niepozadane by po jakichs 2 tygodniach zamienic sie w te pozadane,i korego sie boje.
pozatym jestem znow przeziebiona i smarkata ,co nie ulatwia sprawy.
na szczescie maz jest jeszcze do pierwszego kwietnia w domu i mnie wspiera jak moze,pomaga ujazmic pewnego slodkiego potwora, ktory ma znowu wszystko na nie-gdyby chociaz "nie"mowil, byloby pol biedy - ale on po prostu krzyczy - ze szczescia ,ze zlosci ,tak po prostu, bo glodny ,bo nie chce jesc , bo slonce swieci,itd -caly dzien przepelniony jest wrzaskami o roznym nasileniu, do ktorego dolacza czasami przytup nozka, badz tez gustowne rzucenie sie na ziemie:-( - gdzie moge ignoruje, ale np .na chodniku,przy ulicy czy w tramwaju? - to klops(nie mylic z klapsem)czasami krzykne,czesto sie tak wkurzam ,ze najchetniej to bym za uszy wytargala....grrr
poczym sie maluszek odwraca , przytula ,usmiecha i co - no najslodsze dziecko na swiecie ...
bunt dwulatka? -juz teraz? - no to sie niezle szykuje...
teraz maz malego usypia,
ja siedze z kotem na kolanach i zuzywam tony chusteczek.
pa
środa, 18 marca 2009
:-))))
jest ranek ,maluszek dal nam dzis pospac,
po wszorajszej burzy mozgu zostal lekki kacyk ,ale luz - jest ok.
wstalam ,napilismy sie z mezem kawy w lozku - po raz pierwszy od niepamietnych czasow ,maluszek co jakis czas podbiegal na pieszczoszki- pierdzioszki -rozrabiaki, sielanka.odslonilam zaluzje - wcisnelam przycisk - wwwww - podjechaly do gory - a tam - piekne slonce-
zapowiada sie cudowny dzien :-)
po wszorajszej burzy mozgu zostal lekki kacyk ,ale luz - jest ok.
wstalam ,napilismy sie z mezem kawy w lozku - po raz pierwszy od niepamietnych czasow ,maluszek co jakis czas podbiegal na pieszczoszki- pierdzioszki -rozrabiaki, sielanka.odslonilam zaluzje - wcisnelam przycisk - wwwww - podjechaly do gory - a tam - piekne slonce-
zapowiada sie cudowny dzien :-)
wtorek, 17 marca 2009
tematy tabu
moj"rozmowny wujek"ucieszyl sie dzis ,gdy mu oznajmilam ,ze sie "wypocam
na papier",i powiedzial ,ze mam koniecznie robic to dalej - no to
robie.
nie bede dalej pisac o czym my sobie tam rozmawiamy ,grunt ,ze jestem dosc jak by to powiedziec - hmm mam na to niemieckie slowo ,ale polskiego ni w zab, moze rozkrochmalona,zdenerwowana to moze nie , ale napewno rozemocjonowana i to na maksa.
chcialabym napisac o temacie tabu jakim byla smierc w moim domu i problemach z tym zwiazanych .
nigdy nie rozmawialo sie u mnie w domu o smierci,tematu poprostu nie bylo .ludzie umierali ,ale nas to niedotyczylo.niewolno nam (dzieciom) bylo chodzic na pogrzeby - bo to za trudne i za smutne dla dzieci . o zmarlych mowilo sie tylko tak jakby zyli oni wiecznie w naszej pamieci ,o wesolych z nimi przezyciach,nigdy o akcie umierania samego w sobie.
troche to moge zrozumiec bo po takich przezyciach rodzinnych i takim ogromie smierci jaki mial miejsce podczas wojny ,trzeba bylo zyc dalej ,a moznabylo tylko w taki sposob ,w ktorym sie pewne odczucia ,zjawiska i uczucia blokowalo.
doszlo to do takiego paradoksalnego zjawiska ,ze gdy Moj dziadek umieral,nikt mi tego nie powiedzial - mialam wtedy 16 lat - czyli nie tak malo. nie moglam sie z nim pozegnac i zaakceptowac tego zjawiska i przezyc zaloby i wszystkiego co sie z nia wiaze .nie wolno mi bylo pojsc na pogrzeb - zeby chronic moje uczucia.
latami wzrastal moj strach przed smiercia, przed tym nieznanym zjawiskiem,o ktorym nigdy nie mozna bylo rozmywiac.dlaczego w wielu domach nie uczymy dzieci ,ze smierc jest czescia zycia?
jak ja bede w stanie przekazac normalnie maluszkowi na czym polega smierc i z czym sie ona wiaze tak by nie bal sie az tak bardzo jak ja. ?jak oswoic ten tak trudny temat?
dlaczego w wielu "niewierzacych " rodzinach trywializuje badz tez przemilcza sie temat?
podobna rzecz dotyczy poronien - dlaczego nie ma tego tematu ,dlaczego nie pozwala sie kobietom przezywac swojego bolu , nie ma akceptacji tego ,ze poronienie wiaze sie z zaloba niewazne w jakim wieku dziecka,plodu ,zarodka sie cos stanie?
pojawiaja sie od razu dane statystyczne,i inne madre teksty ,ale nie te ktore mowia - placz ,przezywaj, pozegnaj sie - to nalezy do zycia.dlaczego jezeli jest sie zwolennikiem prawa wyboru (aborcji)
inni dochodza do wniosku ,ze nie ma sie wtedy prawa do zaloby po poronionym dziecku?
trudny to temat i nie mam az tyle miejsca w glowie dlatego czesc tego tematu wylalam tu.
nie bede dalej pisac o czym my sobie tam rozmawiamy ,grunt ,ze jestem dosc jak by to powiedziec - hmm mam na to niemieckie slowo ,ale polskiego ni w zab, moze rozkrochmalona,zdenerwowana to moze nie , ale napewno rozemocjonowana i to na maksa.
chcialabym napisac o temacie tabu jakim byla smierc w moim domu i problemach z tym zwiazanych .
nigdy nie rozmawialo sie u mnie w domu o smierci,tematu poprostu nie bylo .ludzie umierali ,ale nas to niedotyczylo.niewolno nam (dzieciom) bylo chodzic na pogrzeby - bo to za trudne i za smutne dla dzieci . o zmarlych mowilo sie tylko tak jakby zyli oni wiecznie w naszej pamieci ,o wesolych z nimi przezyciach,nigdy o akcie umierania samego w sobie.
troche to moge zrozumiec bo po takich przezyciach rodzinnych i takim ogromie smierci jaki mial miejsce podczas wojny ,trzeba bylo zyc dalej ,a moznabylo tylko w taki sposob ,w ktorym sie pewne odczucia ,zjawiska i uczucia blokowalo.
doszlo to do takiego paradoksalnego zjawiska ,ze gdy Moj dziadek umieral,nikt mi tego nie powiedzial - mialam wtedy 16 lat - czyli nie tak malo. nie moglam sie z nim pozegnac i zaakceptowac tego zjawiska i przezyc zaloby i wszystkiego co sie z nia wiaze .nie wolno mi bylo pojsc na pogrzeb - zeby chronic moje uczucia.
latami wzrastal moj strach przed smiercia, przed tym nieznanym zjawiskiem,o ktorym nigdy nie mozna bylo rozmywiac.dlaczego w wielu domach nie uczymy dzieci ,ze smierc jest czescia zycia?
jak ja bede w stanie przekazac normalnie maluszkowi na czym polega smierc i z czym sie ona wiaze tak by nie bal sie az tak bardzo jak ja. ?jak oswoic ten tak trudny temat?
dlaczego w wielu "niewierzacych " rodzinach trywializuje badz tez przemilcza sie temat?
podobna rzecz dotyczy poronien - dlaczego nie ma tego tematu ,dlaczego nie pozwala sie kobietom przezywac swojego bolu , nie ma akceptacji tego ,ze poronienie wiaze sie z zaloba niewazne w jakim wieku dziecka,plodu ,zarodka sie cos stanie?
pojawiaja sie od razu dane statystyczne,i inne madre teksty ,ale nie te ktore mowia - placz ,przezywaj, pozegnaj sie - to nalezy do zycia.dlaczego jezeli jest sie zwolennikiem prawa wyboru (aborcji)
inni dochodza do wniosku ,ze nie ma sie wtedy prawa do zaloby po poronionym dziecku?
trudny to temat i nie mam az tyle miejsca w glowie dlatego czesc tego tematu wylalam tu.
poniedziałek, 16 marca 2009
ania pomyslala,ze:
jak dobrze tym,ktorzy wierza w boga.
kogos,cos ,sile wyzsza ,ktora uwaza i czuwa.
jak dobrze tym ,ktorzy wierza ,ze z ich dusza stanie sie cos po smierci,
jak dobrze tym,ktorzy ufaja ,ze swym dobrym postepowaniem zasluza na nagrode.
moga oni przynajmniej przez chwile pobyc dziecmi i wierzyc ,ze tatus juz wszystko zalatwi.
ja sie niestety do tych szczesliwcow nie zaliczam
mysle , ze tak powstaly religie swiata - z wrodzonej potrzeby odciazenia.
ojoj zabrzmialo dosc pesymistycznie - musze wiec dodac ,ze jestem na pozytywnej drodze dazenia do wiosny,polegajacej na retrospekcji swoich przemyslen,przezyc i odczuc.
kogos,cos ,sile wyzsza ,ktora uwaza i czuwa.
jak dobrze tym ,ktorzy wierza ,ze z ich dusza stanie sie cos po smierci,
jak dobrze tym,ktorzy ufaja ,ze swym dobrym postepowaniem zasluza na nagrode.
moga oni przynajmniej przez chwile pobyc dziecmi i wierzyc ,ze tatus juz wszystko zalatwi.
ja sie niestety do tych szczesliwcow nie zaliczam
mysle , ze tak powstaly religie swiata - z wrodzonej potrzeby odciazenia.
ojoj zabrzmialo dosc pesymistycznie - musze wiec dodac ,ze jestem na pozytywnej drodze dazenia do wiosny,polegajacej na retrospekcji swoich przemyslen,przezyc i odczuc.
niedziela, 15 marca 2009
scena z placu zabaw
bujamy sie na hustawce(dobrze napisalam??)-tzw.koniku
maz z maluszkiem z jednej strony ,ja z drugiej.
chlopaki przewazaja.
ja-zadowolona z siebie - ale przewazacie,ciezarowcy!
maz na to:-myslisz ,ze tadeusz tak ladnie przybral na wadze??
(dlaczego nikomu do glowy nie przyjdzie ,ze ja moglam schudnac?
)
maz z maluszkiem z jednej strony ,ja z drugiej.
chlopaki przewazaja.
ja-zadowolona z siebie - ale przewazacie,ciezarowcy!
maz na to:-myslisz ,ze tadeusz tak ladnie przybral na wadze??
(dlaczego nikomu do glowy nie przyjdzie ,ze ja moglam schudnac?
)
sobota, 14 marca 2009
rozczulilam sie
ostatnio odwiedzili nas znajomi z dwojka dzieci ,yara - ma prawie 2 lata
a jej brat niecale cztery - szalenstwa trojeczki naszych dzieci nie
mialy umiaru .
my pilismy kawo -herbate i staralismy nie wtracac do dziecinnych sporow,jezeli nie dochodzilo do rekoczynow.w pewnym momencie przestraszony milan przybiegl do swojej mamy i mowi ze tadeusz chce zjesc jare
.
na to my (wszystkie mamusie i tatusie -sztuk4)zagladamy do pokoju ,a tam nasz maluszek biega i cmokajac goni yare po pokoju
.w koncu mu sie udalo i ja pocalowal!
moj syn pierwszy raz w zyciu calowal dziewczynke
(w dodatku starsza od siebie)
my pilismy kawo -herbate i staralismy nie wtracac do dziecinnych sporow,jezeli nie dochodzilo do rekoczynow.w pewnym momencie przestraszony milan przybiegl do swojej mamy i mowi ze tadeusz chce zjesc jare
.na to my (wszystkie mamusie i tatusie -sztuk4)zagladamy do pokoju ,a tam nasz maluszek biega i cmokajac goni yare po pokoju
.w koncu mu sie udalo i ja pocalowal!moj syn pierwszy raz w zyciu calowal dziewczynke
(w dodatku starsza od siebie)
piątek, 13 marca 2009
subiektywnie
pamietam niedziele , mieszkanie posprzatane,
pachnie latem,za oknem lataja samoloty - mieszkalismy na przedluzeniu pasa startowego na osiedlu wojskowym- te samoloty byly dla mnie takim normalnym zjawiskiem ,ze nalezaly nieodzownie do odglosow przytulnych domowo - niedzielnych.(teraz pewnie tych odglosow bym sie bala)
pamietam mame stojaca w kuchni w fartuchu w brazowa kratke z wielkimi kieszeniami,piekaca placek drozdzowy tak wielki ,ze sie do buzi nie miescil - mama wtedy kroila go wpol i smarowala maslem.
druga reka planowala albo wyimaginowane ogrody swoich marzen na jakims swistku papieru,badz tez czytala(wlasciwie trzeba powiedziec polykala)kolejne ksiazki - albo fantastyczne , albo historyczne - ona chyba czytala wszystkie mozliwe ksiazki ,ktore jej w rece wpadly.w naszym M3 wszedzie byly regaly na ksiazki,w KAZDYM pomieszczeniu.
to kojazy mi sie z mila przytulnoscia domu mojego jeszcze polskiego.
pamietam ,ze mimo iz nam sie chwilowo lepiej finansowo powodzilo ,nie bylo specjalnie duzo rzeczy jadalnych w lodowce, my dostawalismy ciuchy w paczkach z zachodu,moja mama farbowala swoje krotkie wtedy wlosy na rozne kolory ,ubierala mie w "odjechane"ciuchy(jak ogladam sie teraz na zdjeciach to uwazam ze byla super) - a ja --- sie wstydzilam i to jeszcze jak.
nie chcialam nosic miekkiej sztruksowej spodnicy do pol kolanka na rozpoczecie roku szkolnego - tylko chcialam miec ,plisowana granatowa spodniczke - tak jak WSZYSCY,nie chcialam nosic chusteczki na glowie,chcialam miec lalke barbie a nie piekna szmaciana uszyta przez mame.
a przede wszystkim chcialam ,zeby mama zadala mi po prostu kare badz tez zrobila awanture, a nia dyskutowala przez wiele dni i analizowala ze mna problem.
chcialam sie niewyrozniac(za nim zaczelam sie wyrozniac bardzo celowo)
teraz sie wstydze i jednoczesnie probuje swoj kliku(nasto)letni punkt widzenia swiata zrozumiec.
dumna jestem z rodzicow ze w czasach prl-u ,nie mieli mebloscianki i wykladziny z przydzialu,dzieci wiedzialy co i jak.
bylismy jednak tak inni niz wszystkie rodziny dookola ,tacy alternatywni , ateistyczni, (to kolejny problem dziecka wyrozniajacego sie sposrod tlumow chodzacych na religie w latach osiemdziesiatych)z tak silnymi tradycjami zydowskimi (ktore skrupulatnie ukrywano by nie przysporzyc rodzinie wiekszych problemow),
ze nie pozostawalo nic innego niz zadrzec troche nosa do gory ,udajac odjechana indywidualistke ,przekonana o tym co robi i ze ma w nosie brak wiekszej ilosci znajomych...
czy wyszlo mi to wszystko na dobre ,czy tez bokiem - nie wiem
wiem ,ze niezupelnie zgadzam sie z modelem wychowania moich rodzicow ,ktorzy sie przeciez (na pewno)starali,widzac swiat w sposob dosc czarno -bialy,wychowac nas na "ludzi"
ze duzo glebokich ran we mnie pochodzi z dziecinstwa - mojego tak naprawde
przytulnego w ktorym bylam chowana troche pod kloszem ,ale nie za przyjemnie wspominanego.
pachnie latem,za oknem lataja samoloty - mieszkalismy na przedluzeniu pasa startowego na osiedlu wojskowym- te samoloty byly dla mnie takim normalnym zjawiskiem ,ze nalezaly nieodzownie do odglosow przytulnych domowo - niedzielnych.(teraz pewnie tych odglosow bym sie bala)
pamietam mame stojaca w kuchni w fartuchu w brazowa kratke z wielkimi kieszeniami,piekaca placek drozdzowy tak wielki ,ze sie do buzi nie miescil - mama wtedy kroila go wpol i smarowala maslem.
druga reka planowala albo wyimaginowane ogrody swoich marzen na jakims swistku papieru,badz tez czytala(wlasciwie trzeba powiedziec polykala)kolejne ksiazki - albo fantastyczne , albo historyczne - ona chyba czytala wszystkie mozliwe ksiazki ,ktore jej w rece wpadly.w naszym M3 wszedzie byly regaly na ksiazki,w KAZDYM pomieszczeniu.
to kojazy mi sie z mila przytulnoscia domu mojego jeszcze polskiego.
pamietam ,ze mimo iz nam sie chwilowo lepiej finansowo powodzilo ,nie bylo specjalnie duzo rzeczy jadalnych w lodowce, my dostawalismy ciuchy w paczkach z zachodu,moja mama farbowala swoje krotkie wtedy wlosy na rozne kolory ,ubierala mie w "odjechane"ciuchy(jak ogladam sie teraz na zdjeciach to uwazam ze byla super) - a ja --- sie wstydzilam i to jeszcze jak.
nie chcialam nosic miekkiej sztruksowej spodnicy do pol kolanka na rozpoczecie roku szkolnego - tylko chcialam miec ,plisowana granatowa spodniczke - tak jak WSZYSCY,nie chcialam nosic chusteczki na glowie,chcialam miec lalke barbie a nie piekna szmaciana uszyta przez mame.
a przede wszystkim chcialam ,zeby mama zadala mi po prostu kare badz tez zrobila awanture, a nia dyskutowala przez wiele dni i analizowala ze mna problem.
chcialam sie niewyrozniac(za nim zaczelam sie wyrozniac bardzo celowo)
teraz sie wstydze i jednoczesnie probuje swoj kliku(nasto)letni punkt widzenia swiata zrozumiec.
dumna jestem z rodzicow ze w czasach prl-u ,nie mieli mebloscianki i wykladziny z przydzialu,dzieci wiedzialy co i jak.
bylismy jednak tak inni niz wszystkie rodziny dookola ,tacy alternatywni , ateistyczni, (to kolejny problem dziecka wyrozniajacego sie sposrod tlumow chodzacych na religie w latach osiemdziesiatych)z tak silnymi tradycjami zydowskimi (ktore skrupulatnie ukrywano by nie przysporzyc rodzinie wiekszych problemow),
ze nie pozostawalo nic innego niz zadrzec troche nosa do gory ,udajac odjechana indywidualistke ,przekonana o tym co robi i ze ma w nosie brak wiekszej ilosci znajomych...
czy wyszlo mi to wszystko na dobre ,czy tez bokiem - nie wiem
wiem ,ze niezupelnie zgadzam sie z modelem wychowania moich rodzicow ,ktorzy sie przeciez (na pewno)starali,widzac swiat w sposob dosc czarno -bialy,wychowac nas na "ludzi"
ze duzo glebokich ran we mnie pochodzi z dziecinstwa - mojego tak naprawde
przytulnego w ktorym bylam chowana troche pod kloszem ,ale nie za przyjemnie wspominanego.
czwartek, 12 marca 2009
miasto moje ,a w nim...
cala przeprowadzka byla dla mnie troche dziwnym snem , przepelniona
strachem , takim paralizujacym dusze . na cale szczescie cialo nie tak
mocno - ono dzialalo jak maszynka - przynajmniej w stosunku do maluszka -
tak to juz jest - program - bycie mama jest juz wryty na stale - cos
jak oddychanie - nie zaleznie od wszystkiego trzeba dzialac.
nie obylo sie bez klotni ,zalow i jekow pomiedzy mna a mezem.-czesto to tak juz jest ,ze sobie samej i innym stawiam poprzeczke za wysoko - oczekiwania gdy sa ogromne,czesto wychodza bokiem.
a maz moj - ma niestety duza wade tlamszenia i niewymawiania swoich zalow na czas i wtedy one eksploduja w najmniej oczekiwanym momencie i ze zdwojona sila - wtedy z malych nieporozumien wychodzi wielka draka,kiedy do tego dojdzie zmeczenie ,niewyspanie i tensknota za czyms blizej nieokreslonym to wtedy juz KATASTROFA
.
...
no dobra - koniec biadolenia - odpoczywamy
. no bo u mnie - w nowym miescie to mozna zjesc pyszny tort ,no i
jeszcze pochodzic po gorach ,no i jest zoo i wielka biblioteka ,i
jeziorka dookola,i no i ludzie jacys tacy przyjemniejsi i bardziej
zrelaksowani sa - i juz tak nie pedza i nie gnaja co tchu w wyscigu
szczurow - bo tu troche zycie wolniejsze i dowolniejsze sie staje -no i
mozna pojsc do parku i polozyc sie na trawie nie wdeptujac nowym
plaszczem (przynajmniej natychmiast) w psia kupe,no i jeszcze sa tu
przyjaciele - ktorzy podnosza na duchu i mozna po prostu wpasc na
herbatke "ta co zwykle"(jeszcze z czasow jak tu studiowalismy)nie
umawiajac sie specjalnie.
fajne to moje nowe miasto,co?
co prawda do polski baaaaaardzo daleko sie zrobilo znowu ,ale coz,
cos za cos - no nie?
ach!po raz pierwszy od 1000 lat jakis "koles" puscil mi oczko - normalnie nie uwierze
,co prawda brzydal straszny ,ale poczucie wlasnej wartosci jest gdzies nagle na gorze kosciuszki ,tum ti dum ti dum...
nie obylo sie bez klotni ,zalow i jekow pomiedzy mna a mezem.-czesto to tak juz jest ,ze sobie samej i innym stawiam poprzeczke za wysoko - oczekiwania gdy sa ogromne,czesto wychodza bokiem.
a maz moj - ma niestety duza wade tlamszenia i niewymawiania swoich zalow na czas i wtedy one eksploduja w najmniej oczekiwanym momencie i ze zdwojona sila - wtedy z malych nieporozumien wychodzi wielka draka,kiedy do tego dojdzie zmeczenie ,niewyspanie i tensknota za czyms blizej nieokreslonym to wtedy juz KATASTROFA
....
no dobra - koniec biadolenia - odpoczywamy
. no bo u mnie - w nowym miescie to mozna zjesc pyszny tort ,no i
jeszcze pochodzic po gorach ,no i jest zoo i wielka biblioteka ,i
jeziorka dookola,i no i ludzie jacys tacy przyjemniejsi i bardziej
zrelaksowani sa - i juz tak nie pedza i nie gnaja co tchu w wyscigu
szczurow - bo tu troche zycie wolniejsze i dowolniejsze sie staje -no i
mozna pojsc do parku i polozyc sie na trawie nie wdeptujac nowym
plaszczem (przynajmniej natychmiast) w psia kupe,no i jeszcze sa tu
przyjaciele - ktorzy podnosza na duchu i mozna po prostu wpasc na
herbatke "ta co zwykle"(jeszcze z czasow jak tu studiowalismy)nie
umawiajac sie specjalnie.fajne to moje nowe miasto,co?
co prawda do polski baaaaaardzo daleko sie zrobilo znowu ,ale coz,
cos za cos - no nie?
ach!po raz pierwszy od 1000 lat jakis "koles" puscil mi oczko - normalnie nie uwierze
,co prawda brzydal straszny ,ale poczucie wlasnej wartosci jest gdzies nagle na gorze kosciuszki ,tum ti dum ti dum...
środa, 11 marca 2009
jestesmy :-)
och jak mi tego pisactwa brakowalo!!!
jestesmy ,zyjemy ,mieszkamy,juz po tej cholernej przeprowadzce:-)
opisze wszystko i pewnie na raty juz wkrotce,dzis nam dopiero wlaczyli internet.
teraz pora by odpoczac, poukladac wszystko w glowie i postarac sie w koncu odpoczac duszy.
bylam u lekarza ,dostalam skierowanie do "wujka od rozmow"(czyt.psychologa)zobaczymy co madrego wymysli
.
jest jakos tak przytulnie, co prawda nie wszystkie kartony rozpakowane, ale koty sie juz czuja jak u siebie w domu - a to baaardzo dobry znak:-)
maluszek sie oczywiscie zarazil - co prawda nie wszami ,ale jakims paskudnym wirusem, ale juz jest lepiej.
jest dobrze - bedzie coraz lepiej - tylko troche zmarszczek mi przybylo.
lece ponadrabiec zaleglosci blogowe,pa
do nastepnego postu
jestesmy ,zyjemy ,mieszkamy,juz po tej cholernej przeprowadzce:-)
opisze wszystko i pewnie na raty juz wkrotce,dzis nam dopiero wlaczyli internet.
teraz pora by odpoczac, poukladac wszystko w glowie i postarac sie w koncu odpoczac duszy.
bylam u lekarza ,dostalam skierowanie do "wujka od rozmow"(czyt.psychologa)zobaczymy co madrego wymysli
.jest jakos tak przytulnie, co prawda nie wszystkie kartony rozpakowane, ale koty sie juz czuja jak u siebie w domu - a to baaardzo dobry znak:-)
maluszek sie oczywiscie zarazil - co prawda nie wszami ,ale jakims paskudnym wirusem, ale juz jest lepiej.
jest dobrze - bedzie coraz lepiej - tylko troche zmarszczek mi przybylo.
lece ponadrabiec zaleglosci blogowe,pa
do nastepnego postu
Subskrybuj:
Posty (Atom)