sobota, 6 czerwca 2009

spokojna sobota

po dwoch meczacych dniach sam na sam z zabkujacym prawie dwulatkiem wymarzylam sobie sobote - sobote ,w ktorej pospie conajmniej do osmej ,wykapie sie w spokoju ducha,zjem pyszne sniadanie z synem i mezem i rowniez z nimi spedze sloneczny dzien na luzie.
dzis - sobota - pobudka o godz 5.30 - maluch nie wierzy ,ze jest srodek nocy ,maz spi jak zabity ,a ja wstaje.
dzidziol przesikany az po pachy ,bo zapomnialam mu wieczorem wyciagnac butli z woda i wytrabil cala.
rozpoczyna sie walka na przewijaku z wierzgajacym kurczakiem - w koncu sie udaje - sciagnac pizamke i pieluche na lezaco , a czystego pampersa musze zakladac juz na stojaco jakos podtrzymujac mlodego zeby nie spadl.
reszta ubierania odbywa sie w biegu,pomiedzy jednym fikolkiem a drugim.
szybka kawa,przedtem prysznic ,bo cala sie potem oblalam przewijajac malucha.
po prysznicu znow przebieranie malucha bo wszedl do polowy pod moj prysznic.
w miedzyczasie wstaje maz- i szybkie postanowienie ,bo mlody wciaz piszczy ,biadoli i miejsca sobie znalezc nie moze pomiedzy takimi zajeciami jak :wylanie na dywan mojej niedopitej kawy, a wyciagnieciem wszystkich czasopism z regalu w duzym pokoju
 - ja mam wybyc z mlodym gdzies - a maz posprzata w mieszkaniu.
szybkie sniadanie - w miedzyczasie ja ,albo maz musimy koniecznie obejzec z mlodym 100 ksiazeczek ,dac buzi,wytrzec nos,uratowac kota z objec malucha ,ubrac go na nowo bo sie rozebral do rosolu itd.
o godz. 9.30 siedzialam z malym w tramwaju ,lekko podmeczona i zirytowana wydawalam odglosy pociagu ,a maly ruszal do taktu raczkami rozczulajac wszystkich naokolo.
wysiedlismy juz w lepszych nastrojach i udalismy sie do sklepu z zabawkami , w poszukiwaniu czarnego malego drewnianego jamnika z zotymi uszami na gwozdzikach i sprerzynka zamiast ogonka- takiego na kolkach ze sznureczkiem do ciagniecia- dokladnie Takiego jakiego ma dziewczynka na placu zabaw i z ktorym tadeuszek najchetniej udalby sie na koniec swiata.ku uciesze wszystkich dostalismy w tym sklepie takiego i byl niedrogi wiec maly musial natychmiast wydostac sie z wozka i ciagnac na sznurek isc przez cale miasto.
wytrwaly byl bardzo - szedl daleko ,jednak za nic w swiecie nie dal sie wzac za reke czy sterowac tam gdzie ja chce isc - co oznajmial glosnym krzykiem,a ze ja nie mialam w tym momecie nic innego do roboty podazalam za malym popijajac kawe "to go".
po dluzszym jednak czasie mlody opadl z sil ,a i czas obiadu sie zblizal, wiec postanowilam pokierowac malego w kierunku przystanku tramwajowego ...
i wtedy byl koniec - koniec moich i jego sil - odbyl sie taki teatr z rzucaniem na ziemie ,ciskaniem psa w powietrze - a ze on  na sznurku - wrocil spowrotem uderzajac malego w glowe - wtedy ryk byl poprostu ogluszajacy.
nie mogac go utrzymac na rekach wcisnelam go do wozka, psa wsadzilam do torby i z czerwonym ,spoconym malcem wracalam w zastraszajacym tepie do domu.
mieszkanie blyszczace- maluch odmieniony -uff... czas drzemki poobiedniej slodkiego juz prawie-dwulatka.
w planie mielismy polozyc sie w tym samym czasie... rumieniec
zdazylismy sie do siebie przytulic ,gdy z sasiedniego pokoju dobieglo mnie - maaamaaa.- spal 15 min.
byla godzina 12.30
tak podopnie wygladala druga polowa dnia - humory malucha zmienialy sie jak w kalejdoskopie - po kazdej scenie rozpaczy ,krzyku zlosci i lamentu nastepowal moment slodki i rozbrajajacy...
jest 21.52 po sprzatnieciu mieszkania nic juz nie widac ,maly spi jak aniolek ,a ja jak zwykle padam na nos - tylko ciekawe  dlaczego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz