Madry jest on mimo wszystko
Juz czesto tu o tym pisalam , ze kazdy ma swoja droge. Ja tez jezdzilam , terapiowalam (to oczywiste) i duzo tych terapii przynosilo dobre skutki , czy tez brak tych terapii przynosilo negatywne skutki. Ciagle jednak zylam z wyrzutami sumienia gdzies z tylu glowy - a moze robie za malo?Podzegane to wszystko bylo doniesieniami od innych rodzicow o czyms nowym, lepszym , madrzejszym.Oburzalam sie tez na rodzicow dzieci starszych , ktorzy z lekkim usmiechem sie nam i naszym poczynaniom przygladali i nie brali juz udzialu we wszystkim.Presja spoleczenstwa ciazy na kazdym rodzicu , tym takze z dziecmi bez dodatkowych specjalnosci , bo : musze zapisac dziecko na angielski, balet,pilke nozna, wyslac na ferie jezykowe itd itp.
Wstęp do Magazynu BARDZIEJ KOCHANI 2015
Rodzicom specjalnych dzieci dedykuję, choć mam nadzieję, że przeczytają nie tylko Oni. Może troszkę nas zrozumiecie.....
Czy zdarza Wam się czasami, że na wieść o kolejnej imprezie, na którą ma pójść Wasze dziecko, dostajecie gęsiej skórki? Czy nie przychodzi Wam wtedy do głowy myśl: - o rany, znowu zepsuta sobota? Czy zdarzyło się Wam kiedyś, że musieliście odmówić uczestnictwa w czymś fajnym (ale przeznaczonym tylko dla Was), bo musicie odwieźć gdzieś Wasze dorosłe dziecko, a potem przywieźć z powrotem, albo po prostu nie mieliście nikogo, kto by się nim w tym czasie zaopiekował? Czy zdarzyło Wam się marzyć, że tę właśnie niedzielę, spędzicie leniuchując w łóżku? A czy nie przyszło Wam kiedyś do głowy marzenie o podjęciu jakiejkolwiek spontanicznej decyzji? A na końcu tych myśli musieliście je odpędzić, wstać wyjść, zawieźć, przywieźć, zrobić obiad, spontaniczność najpierw przemyśleć (bo co z dzieckiem?) itd.? Czy nie macie wrażenia, że takie myśli pojawiają się coraz częściej?
A przecież nie tak dawno (te dwadzieścia lat minęło jak mgnienie oka) z radością podrywaliśmy się do każdych działań związanych z naszym upośledzonym synem czy córką. Jak oparzeni biegaliśmy do kolejnych rehabilitantów, terapeutów, pedagogów, jasnowidzów, i innych czarnoksiężników. I ciągle nam było mało. I ciągle nie mogliśmy zrozumieć tego, co mówili nam Rodzice starszych dzieci. A mówili – zwolnijcie, oszczędzajcie siły, rozłóżcie je równomiernie na wiele lat, organizujcie sobie życie wokół miejsca zamieszkania, żeby nie spędzić go w podróży. Będą Wam te siły potrzebne. Pamiętam z jakim oburzeniem mówiliśmy o tym, że jakaś matka czy ojciec nie chcą gdzieś iść z dzieckiem. Jak mogą – przecież to dla dobra dziecka! Jacy to wyrodni Rodzice.
Nie tak dawno, wierzyliśmy w każdy, nawet najbardziej irracjonalny pomysł na rehabilitację. Niektórzy wieszali dzieci do gór nogami, inni świecili światełkiem między oczy, jeszcze inni podawali cudowne zastrzyki. A byli i tacy, którzy robili to wszystko naraz. Czasami było tak, że zabiegi terapeutyczne wokół naszych dzieci zajmowały nam większą część dnia i wieczorami jak kłody padaliśmy do łóżek, żeby rano z nową energią walczyć o „unormalnienienie” naszych potomków. Całe życie się wokół nich kręciło. Wszystko było podporządkowane naczelnej idei. Czy myśleliśmy wtedy o przyszłości? Oczywiście, że tak. Założenie było następujące: teraz się napracuję, poświęcę wszystko i wyrehabilituję swoje dziecko. A potem to już będzie normalnie – jak u wszystkich. Przyjdzie czas na kino, samotny wyjazd do Spa czy cokolwiek innego., odpocznę, zadbam o siebie – wszystko to – później.
Teraz, po dwudziestu latach przyszło nam przywitać się z tym „później”. I coraz częściej przypominam sobie rady Rodziców poprzedniego pokolenia. I coraz bardziej rozumiem, dlaczego nie chciało im się nigdzie iść. I wiem, że wcale nie byli wyrodni, że byli po prostu zmęczeni i musieli wybrać między chęcią poleżenia sobie przez niedzielę w łóżku, a kolejną superatrakcyjną wycieczką czy imprezą, na którą dorosłe dziecko dostało zaproszenie. I coraz bardziej tęsknię za samotną spontanicznością, ot tak, żeby zrobić coś, co po prostu przyjdzie mi do głowy. Nie myśląc przy tym, kto odbierze moje 21 letnie dziecko ze szkoły, albo kto zostanie z nią na noc gdyby przyszło mi do głowy pojechać na weekend z mężem do Spa. Bo jednak, żadna cudowna rehabilitacja, żaden czarnoksiężnik z krainy OZ, żadna cudowna tabletka, nie sprawiły, żeby Gosia była zupełnie samodzielna, odpowiedzialna itd. Jak była, tak jest upośledzona umysłowo i nic tego nie zmieniło.
Zmęczenie i wypalenie, to dwa słowa, które chodzą za mną ostatnio jak szpiedzy. Zaglądają w każdy kącik i sprawdzają co robię. Staram się bardzo, żeby nie było tego widać, zasłaniam je własnym ciałem. Na zewnątrz nikt mnie pewnie tak nie postrzega, może poza tym, że irytuję się łatwiej niż kiedyś i dość niechętnie podejmuję nowe wyzwania, zaczyna mi również brakować tolerancji. Nic dziwnego, nie młodniejemy przecież, a witalność przypisana jest młodości. Nie wiem jak długo da się udawać, że nic się nie dzieje, a życie naszej Rodziny to pasmo zadowolenia. Ktoś mi kiedyś powiedział, że to niemożliwe, że przecież najważniejsze jest to że się kochamy, że robimy tyle rzeczy wspólnie, że wyglądamy na szczęśliwych, że Gosia taka cudowna itd. itd. Wszystko to prawda. Jeszcze nam się udaje nie wyglądać na zmęczonych, choć coraz rzadziej – a Wam?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz