czwartek, 12 lipca 2012

zycie...

miala tu byc rozlegla notka o przygotowaniach do jutrzejszych tadeuszkowych urodzinek - miala- i pewnie jeszcze bedzie , ale musze tu napisac o czyms bardzo smutnym - musze - moze to pomoze?

w poniedzialek, po odebraniu tadeuszka z przedszkola postanowilam odwiedzic kolezanke, ktora coprawda mieszka (od pol roku) dwie przecznice dalej , ale jakos tak trudno nam sie bylo czesto spotykac, bo ona pracuje w innych godzinach niz ja, dzieci chodza do innych przedszkoli na inne godziny itd.
kolezanka mila , normalna dziewczyna - w tym roku skonczyla 40 lat , ma milego meza , dwojke pieknych, zdrowych dzieci (dziewczynka 5, chlopiec 3,5 roku),swietna prace w ktorej sie spelnia, pol roku temu kupili piekny dom, jeszcze piekniej , mnostwo pracy w to wkladajac go wyremontowali.
to ona zawsze byla ta normalna kobieta , z fajnym spokojnym zyciem , kazdy mogby pomyslec - jej sie udalo.
w poniedzialek , jak juz pisalam ja odwiedzilam i po pierwszej herbatce (i jednym ganianiem za tadeuszkiem , a drugim po pieknym ogrodzie) nagle zaczyna mi mowic , ze ona czuje sie taka samotna mimo rodziny i znajomych itd , i zaczyna plakac i nie moze przestac i mowi , ze ma nawet mysli samobojcze...
zaczelysmy rozmawiac, ja sie bardzo przestraszylam, prosilam, by porozmawiala na ten temat z mezem , polecilam lekarza, nie chcialam jednak by jej dzieci o wszystkim slyszaly , bo byly juz bardzo przejete placzem mamy.
umowilysmy sie wiec na spacer wieczorem , kiedy mezowie nasi zajma sie dziecmi . chodzilysmy do pozna , rozmawialysmy, umowilysmy sie , ze do niej rano zadzwonie i pojde z nia do lekarza ,ze poszukam numerow telefonu do poradni itd. dlugo stalysmy jeszcze pod jej domem...
we wtorek (nastepnego dnia ) nie moglam sie do niej dodzwonic , nikt nie odbieral sluchawki, pomyslalam, ze jest w pracy, moze zajeta, a moze sie jakos wstydzi i nie chce tego dnia ze mna rozmawiac. wczoraj rano , nie mogac sie znow do niej dodzwonic przejmowalam sie juz bardzo. w koncu po poludniu odebrala sluchawke jej mama , pytajac czy to ja jestem mama tadeuszka... odpowiedzialam, ze tak, na to ona , ze ulrike sie ma bardzo zle i lezy w szpitalu. okazalo sie, ze po naszym spacerze przyszla do domu i powiedziala mezowi , ze idzie do lekarza, on jej powiedzial, ze dobrze, ale najpierw ma sie polozyc spac i odpoczac.. w srodku nocy meza i dzieci obudzil olbrzymi chuk - moja kolezanka skoczyla z dachu domu...
jakie to wszystko nierzeczywiste , jakie okrutne i 1000 mysli ktore mam , i ich nie potrafie poukladac w glowie , ktore rozsadzaja od wewnatrz.
czuje sie po czesci oczywiscie odpowiedzialna za to co sie stalo, choc wiem, ze tak naprawde to nic nie moglam zrobic...
ona lezy po 10 godzinnej operacji na ojomie w sztucznej spiaczce, z obrazeniami wewnetrznymi, i zlamanymi dwoma kregami. lekarze nie stawiaja jak na razie zadnej prognozy.

a ja ? - ide dzzis do pracy, bede piec ciasto dla mojego synka i pakowac prezenty..., sasiadka chodzi pod oknem z psem, jakies dzieci rozrabiaja na dworze... zycie

4 komentarze:

  1. Zycie:(
    Niestety z boku wszystko wyglada inaczej. Czasem ten, ktory nam sie wydaje byc szczesliwy,wcale nim nie jest. I odwrotnie rowniez.
    Przytulam Aniu,wiem,ze jest ci ciezko

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że zrobiłaś to co powinnaś, nie zostawiłaś jej samej, zaoferowałas pomoc, choc w takich sytuacjach zawsze gdzieś tam pozostaje poczucie, że może można było zrobić coś jeszcze... Mam nadzieję, że Twoja koleżanka wyjdzie z tego... Trzymaj się cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Straszliwie smutne, i okrutne jest życie, Ty nie mogłaś zrobić nic więcej,a urodziny Muszą się Udać!!! :-)
    może brzmi to okrutnie, ale często czujemy się samotni i nie potrzebni, choć w rzeczywistości jest inaczej, nie umiemy mówić o uczuciach i troskach, środek się rozpada, kryzys 40- brzydkiej niepotrzebnej itd -ja przerabiałam, przemijającej kobiety- to boli, ale takie jest życie -pewnie tutaj było coś innego- piszę o sobie, a pozostawieni ze swoim "środkiem w rozterce" możemy zrobić dużo złych rzeczy

    OdpowiedzUsuń